Showing posts with label Opowiadania. Show all posts
Showing posts with label Opowiadania. Show all posts

14 Jul 2013

I'LL TELL YOU A STORY





As usual, the time between one job and the other in a hurry boarded the bus and relief took place in front.The driver already moving slowly when near appeared: two running lords.Opened the door politely invited them inside.Gentlemen happy that they managed to catch a connection boarded quickly and without thinking they sat in front of me.Also in front of a lady, which read something was sitting next to me.
Enough already full bus set off and one of the lords (the younger, the more or less my age) suddenly with remaining have a smile on his lips began to tell me how it's both met in the queue at a doctor,as it turned out that they both have to go through today some additional research and how to misfortune because of some failure now just need to get to some other district.Senior lord, initially reticent, got under way in conversation.From the beginning I listened to their kind-hearted avalanche of words and just stared at them with a smile.Clearly however,we had a good eye contact.They were saying to me, alternating with increasing satisfaction at this time going to the more humorous and "happily" topics.And that's about a funny seller of there and this, and about a flea market, about amusement park,about the history of amusement parks, the horse races, which is also thought once held in Essen ....in historical topics was the older man ruler much moor.Their stories amused me so much that I was ever more gratified by their listening.I guess I just wanted with satisfaction to share this with someone on the bus, I came across looked old lady with a cane, which closely with a smile looking at me ....Yes, yes, she was watching me without moving head .....When i realized approaching the end of my trip, politely thanked both gentlemen for conversation wished nice day and headed for the exit.That old lady also, and after a few seconds she said to me-
-You showed them the adoration, not everyone is able to - she added admiringly.....
This whole event was suddenly seven minutes.
Rather than go straight to work I sat as spellbound on a bench in a nearby park. I was raised some sort of love, peace, liberation, devotion ..... and something not named yet .......Since then, something changed inside me ..... I am already completely someone else ...


7 Jul 2013

I'll tell you a story

Jak zwykle , o czasie miedzy jedna praca a druga w pospiechu wsiadlam do autobusu i z ulga zajelam  miejsce z przodu . Kierowca juz ruszal z wolna, gdy nieopodal pojawilo sie dwoch biegnacych panow. Uprzejmie otworzone drzwi zaprosily ich do srodka. Panowie szczesliwi, ze udalo im sie zlapac to polaczenie wsiedli szybko  i niewiele sie namyslajac usiedli naprzeciwko mnie. Takze naprzeciwko pewnej pani, ktora zaczytana w czyms, siedziala obok mnie. Dosc juz pelny autobus ruszyl a jeden z panow ( mlodszy , w wieku mniej wiecej moim ) nagle z pozostajacym jeszcze usmiechem na ustach zaczal mi opowiadac, jak to sie obaj poznali w kolejce u jakiegos lekarza, jak to sie okazalo, ze oboje musza przejsc jeszcze dzisiaj pewne dodatkowe badania i jak to na nieszczescie z powodu jakiejs awarii musza wlasnie teraz dojechac do jakiejs innej dzielnicy.Starszy Pan , poczatkowo malomowny, rozkrecil sie w rozmowie. Ja od poczatku przysluchiwalam sie ich dobrotliwej lawinie slow i patrzylam tylko na nich z usmiechem. Wyraznie jednak mielismy kontakt wzrokowy.Oni mowili do mnie na przemian z wzrastajacym zadowoleniem, co raz to przechodzac na bardziej humorystyczne i " szczesliwe " tematy.A to o jakims smieszynm sprzedawcy tego tam a tego, a to o pchlim targu, wesolym miasteczku,  o historii wesolych miasteczek, o wyscigach konnych, ktore ponoc kiedys odbywaly sie w Essen.... w historycznych tematach brylowal zdecydowanie starszy Pan. Ich opowiastki rozbawialy mnie tak bardzo, ze bylam coraz bardziej ucieszona ich sluchaniem.Pewnie chcialam sie tym zadowoleniem podzielic z kims w autobusie, bo natrafilam wzrokiem starsza pania o lasce, ktora z usmiechem bacznie mi sie przygladala.... tak, tak, mnie sie przygladala nie poruszajac nawet glowa......Kiedy spostrzeglam, zblizajacy sie koniec mojej podrozy, podziekowalam uprzejmie obu panom za rozmowe  zyczylam milego dnia i skierowalam sie do wyjscia. Owa starsza pani rowniez i po paru sekundach powiedziala do mnie- Sie haben ihm verlobung gezeigt! Nicht jede kann - dodala z podziwem.
 Cale to zdarzenie trwalo raptem 7 minut!
Zamiast isc prosto do pracy usiadlam jak urzeczona na laweczce w pobliskim parku. Uniesiona jakas miloscia, spokojem, uwolnieniem ,oddaniem ..... i czyms nie nazwanym jeszcze.......
Ludzie spacerujacy obok usmiechali sie do mnie...........
 Od tamtego momentu cos sie we mnie zmienilo.....jestem juz zupelnie kims innym...
Ale VERLOBUNG - hmmm- mmmh - oznacza przeciez zakochanie.....
Ja zyje samotnie od ponad poltora roku, od dawna nie bylam i nie jestem w zadnej ludzkiej istocie zakochana....
a jednak jest cos, czego nie potrafie okreslic,
cos, co widze wokol....
najpierw chcialam wszystkim o tym opowiadac
teraz pozostaje tylko w jezyku polskim
czyli dla wielu z mojego otoczenia  niezrozumiala i sama
i niech tak juz bedzie.....
uniwersum da mi odpowiedz.....

3 Jul 2009

Opowiadanie pt.KULE BELE

Ten kolejny, upalny, lipcowy wieczór był dla Starszego Posterunkowego Czesia wyjątkowo spokojny.Siedział na ławeczce pobliskiego parkingu rozkoszując się cieniem młodej lipy z odchyloną w tył głowy służbową czapką. Zza rozpostartych okien komisariatu dobiegał miarowy, powolny stuk maszyny do pisania. To Młodszy Posterunkowy, szczawik jeden, ćwiczył się w obsłudze tego urządzenia. " Palce se musi wyrobić, no nie " pomyślał posterunkowy Czesio i wyciągnąwszy przed siebie nogi zatopił się w swoich przysypiających myślach.Szczęściem dzisiejszej służby był brak polecenia ze strony komendanta Suchego na kolejny patrol po okolicy.Przydział benzyny się kończył. Limit mandatów wystawionych w tym miesiącu znacznie przekroczył planowaną kwotę. Sierżant Bożenka uwielbiała polować w ich starym polonezie na nieprzystosowane pojazdy przyjeżdżające po towar do pobliskiej, prywatnej rzeźni. Posterunkowy Czesiu mógł więc sobie spokojnie służbę przetrwać pod lipą.Poloneza i tak nie trzeba było wyprowadzać z garażu.A kolejny przylot zagraniczny LOT zaplanował na 21.30
Pani Halinka zrobiła sobie właśnie przerwę na papierosa na ławeczce pod budynkiem głównym od strony płyty.Tam też było troche cienia. Roboty miała jak zwykle dużo. No bo to i catering przygotować, popielnice hali głównej opróżnić, przetrzeć zapalcowane drzwi wejściowe.
Raptem, gdzieś z daleka usłyszeć można było przybliżający się dość szybko, rozpaczliwie donośny, sygnał policyjnego radiowozu. Lecz najpierw, jedyną drogą dojazdową do Międzynarodowego Lotniska w Icach przemknął niczym strzała samochód osobowy kombi. Zatrzymał się z piskiem opon przed wysoką siatką ogrodzenia oddzielającego płytę lotniska od trawnika i parkingu. Jakiś młody mężczyzna wyskoczył gwałtownie zza kierownicy, dwoma susami przebiegł trawę, jeszcze szybciej pokonał ogrodzenie i tyle go widzieli policjanci z dojeżdżającego właśnie radiowozu.
Jeden z funkcjonariuszy otworzył energicznie drzwi samochodu,w jedenj ręce trzymając telefon a drugą sięgając do kabury, podbiegł najpierw do kombika, pozaglądał przez szyby a następnie podszedł do ogrodzenia........uciekiniera ani śladu. Drugi funkcjonariusz był już przy opuszczonym pojeździe i przygotowywał notes aby sprządzić notatkę........
" Ścigany samochód koloru zgnitej zieleni, marki Volkswagen Omega combi, prawdopodobnie skradziony, zamiast stacyjki sterczące dwa druty w dwu kolorach......"
Starszy Posterunkowy Czesiu z głową opuszczoną na służbowe piersi, podtrzymując równowagę korpusu założonymi pod pachy ramionami, słyszał tylko w półśnie piosenkę kosów, które tej wiosny założyły tu, na tej lipie, gniazdo i odchowały młode. Lubiał obserwować ptaki a dzisiaj ich śpiew dobiegał do niego coraz głośniej,głośniej, glosniej........
- Czeeeeesiek!!!! - wołała biegnąc i wycierając ręce w służbowy fartuch, Halinka.
- Czeeeeeeeeesieeeek!!!
- Cooooooooo? - ocknał się Starszy Posterunkowy .
- Złodziej ci przez płytę uuucieeekaaa!!!!
- Cooooooooooooo? - wrzasnął, tym razem już stojący na nogach, Czesiu
- Złodziej ci przez płytę ucieka!!! Tam już są jakies gliny ino że obce. Weź no wóz i jedź tam.
Starszy Posterunkowy udał się zdecydowanym krokiem do garażu, wyjątkowo sprytnie otworzył zamek starych wrót i usiłował zapalić radiowóz.Nic z tego.Ani drgnie.
- Młody! - zawołał przez okno posterunku - chodź no tu i pchnij! Ale prędko!
Co dwóch to nie jeden. Udało się i policyjne auto popyrkało sobie na płytę, a potem wzdłuż, nieco szybciej i szybciej, już zagrzane. Głowa Czesia w czapce nadal przesuniętej do tyłu co rusz obracała się to w lewo to w prawo, to w stronę krzaków to w stronę lasu....

Młodszy posterunkowy pozostał na posterunku, bo a nuż ktoś wyższy rangą zadzwoni, sprawdzi, co robią. Bo a nuż jakiś problem wyskoczy komuś ze wsi i trza zadziałać. Dyżur przy telefonie musi być a na dyżurze można się przecież , dla dobra sprawy, uczyć pisać na maszynie. To baaardzo przydatna umiejętność.
Nazajutrz w służbowym raporcie, który dostał do przeczytania Komendant Suchy, stało jasno i wyraźnie:
" Radiowóz policyjny, podległy tej samej Komendzie co lotniskowy komisariat, ścigał samochód marki Volkswagen Omega combi, koloru zgnitej zieleni, który nie zatrzymał się na wezwanie rutynowej kontroli drogowej. Samochód ten zmierzał drogą przez wieś Ice, która prowadziła do lotniska, o czym policjanci w radiowozie nie wiedzieli. Nie wiedzieli również, że na lotnisku jest komisariat policji, ani też nie otrzymali numeru telefonu na ten komisariat. Mężczyzny szczupłego, średniego wzrostu, włosy czarne, który prowadził uciekający samochód, mimo usilnych starań nie odnaleziono...."
Dzisiejszy dzień, kolejny dzień, utrudnionej upałami, pracowitej służby, snuł się leniwie. Pocieszeniem był lekki wiaterek , przywiewający od strony płyty zapach siana. Kilka dni temu komendant Suchy wydał przecież miejscowemu rolnikowi pozwolenie na wjazd na płytę lotniska z kosą i z grabiami i na rowerze.Ale na wjazd po siano, będzie musiał ów człowiek prosić o inne pozwolenie. Pozwolenie na pojazd czterokołowy, zaprzęgowy i konia oraz grabie.

PS. Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe.

16 Jun 2009

Opowiadanie pt. PIESKIE ŻYCIE

Lubiał przesiadywać wieczorami w hotelowym patio, które przy tegorocznych upałach stanowiło wyśmienite przedłużenie restauracji. Cień rozłożystej, nadmorskiej pinii dawał ukojenie ludziom spożywającym tutaj swoje posiłki lub delektujacym się lokalnymi, wybornymi winami.Powietrze nasycone uwolnionymi przez słońce olejkami eterycznymi łagodnie muskało jego zmysły.Zadzierał wtedy głowę przygladając się spod zmróżonych powiek, zielonej fryzurze drzewa.
Należała mu się taka nagroda po trudnej, trzydniowej pracy. Nie łatwo jest podejmować sędziowskie decyzje!Niełatwo dokonywać wyborow!....Choć tym razem ilość obiektów podległych ocenie nie była zbyt duża.
Dbał o szczegóły! Wygląd!! Wygląd zawsze był ważny.Ale najistotniejsze teraz - to nie rzucać się w oczy!! Pod żadnym pozorem!Jego marynarska bluza w kolorze ciepłego granatu, białe bermudy, buty... spokojna, niczym nie wzruszona, obojętna twarz nie mogły przyciągnąć uwagi nikogo spośród hotelowych gości.
Czasem przysiadali się do jego stolika inni sędziowie.Nie chciał tych spotkań, jednak nie zawsze udawało mu się przewidzieć o jakich porach pojawiają się ci inni. Najbardziej unikał głośnego, starszego Włocha, który swoją angielszczyzną, przetykaną co rusz niemieckimi rzeczownikami, wzbudzał niepotrzebne zainteresowanie. I te jego przechwałki!! Czasem rozmawiali o zawodowych podróżach, luksusowych suitach hotelowych, napotykanych gdzieś tam, na ktorymś kontynencie, ludziach ze swoimi "objektami", o ich reakcjach szczęścia czy zawiedzionych nadziei.
No i ten Malezyjczyk ze swoim kanciastym angielskim! Znacząca osoba w tamtym orientalnym świecie, choć do światowca jakże było mu daleko - zbyt głośno wypytywał się o osobiste korzyści, które mógłby odnieść sędziując w Europie, zdrowie mu nie dopisywło i w ten sposób szukał mozliwie dobrego, darmowego leczenia.
Sędzina z Izraela, mocno już leciwa osoba, nigdy się do nich nie dosiadała. Wolala zaszywać się gdzieś w zupełnym cieniu zajmując się jedynie rozmową z towarzyszącym jej mężem. Jednak sędziowie z Kanady, Portugali czy Austrii wybornie posługiwali się językiem angielskim. To ważne, gdy się nie chce zwracać na siebie uwagi. Dla niego samego ukrywanie irlandzkiego akcentu od dawna nie stanowiło problemu. Wiedział, że tak trzeba.
Jednak teraz, dzisiejszego wieczora, musiał dostrzec JĄ. Zaniepokoiło go to, choć nie unosił swoich przymknietych powiek. Spostrzegł ją już wcześniej, gdy pracował.
Robiła mu dużo zdjeć, schowana pośród publiczności. Jemu albo jego pracy?. Nie, to nie było ważne!. Wtedy pomyslał sobie, że to jakaś dziennikarka albo zwykła obserwatorka niecodziennych wydarzeń, choć na miejscową nie wyglądała.. Lecz teraz, dzisiejszego wieczora siedziala tutaj, obok niego, w patio tego wybornego hotelu.......Strach zrobił swoje. Tej nocy nie mógł spokojnie spać.
Nazajutrz zobaczył ją znowu. Tym razem w towarzystwie jakiegoś mężczyzny zajęła stolik tuż przy nim. Starając sie nie pokazać nie tylko zaniepokojenia ale i zrodzonego nocą strachu probował zniżonym glosem zwrócić na nią uwagę swoim towarzyszom. Włoch natychmiast zamilkł zezując kątem oka w jej stronę a Malezyjczyk wstał w gwałtownym półobrocie i zniżając swoje cialo w jakiejś agresywnej, azjatyckiej pozie,przesuwając z rumorem krzesło, spojrzal na nią wrogo.Tego nie mogła przecież nie zauważyć..........
Nie, lepiej nadal nic nie robić. Właściwie nikt nie wie kim ona jest...? Lepiej zgodnie z wytycznymi.Mafia bywa nieobliczalna a spokojne życie cenniejsze."Nie mam sobie nic do zarzucenia.Nagradzałem najlepszych. Skazywałem najgorszych. Cóż,czasem potrzebna jest pomoc w ferowaniu wyroków "- pomyslał i już uspokojonym wzrokiem zerknął na czarny blat swojego nowego, złoconego Rolexa. Wkrótce opuści patio i przejdzie w umówione miejsce.......
Grupa zadowolonych, rosyjskich hodowców psów rasowych,, w szeregu, jeden za drugim, w drogo wyglądającej choć skurzonej odzieży, w rozczłapanych butach, z psami na smyczach, śmiejąc sie, ciesząc z dobrze zakończonego interesu opuściła hotelowy parking, by później przyspieszywszy kroku udać się do swoich campingów. Nad ranem czekała ich długa podróż na kolejną, europejską wystawę. A tam....... nowe, hotelowe spotkania, kolejne trofea. Wszystko ma przecież wymierną wartość. Rosyjscy nowobogaccy łakną luksusowego , czworonożnego dodatku. Pozycję trzeba podkreślać również w taki sposób. Cena nie gra tutaj roli.Pies ma być utytułowany. Champion to splendor.
Szli wzdłuż wybrzeża.
Wieczorne słońce ciepłymi promieniami próbowało dotknąć ich pewne siebie oblicza.

14 Feb 2009

Dwa opowiadania pt.DUET

KOBIETA Z BILETEM WOLNEJ JAZDY - opowiadanie pierwsze

"Wspaniałe jest szczęście:

trwałe i silne,

delikatne i kruche,

promieniujące i drogocenne -

jak kryształki śniegu,

które w słońcu świecą"

"Ty moje szczęście, ty mój ptaszku ukochany, ćwierkający do mnie przez telefon. Przesyłam Tobie kartkę z taką krótką strofką o szczęściu. Jestem pewny tego, że jesteśmy i będziemy ze sobą szczęśliwi.Ich liebe Dich....."

Schowała kiedyś tą kartkę do ulubionej książki, którą przywiozła ze sobą z Polski jak największy skarb, niosący nadzieję na odmianę.

Jego monotonny choć ustabilizowany żywot przerwała nagła śmierć żony.Pozostała mu na wychowaniu jedyna, dojrzewająca córka.Czuł się bezradny, opuszczony, samotny ze swoimi codziennymi problemami, które do tej pory pozostawiał do rozwiązania żonie.Czasem w myślach wściekał się na nią:

Jak ona mogła go tak zostawić!?

Czemu nie dbała o siebie, nie chodziła do lekarzy?

Jak mogła dopuścić, żeby w jej łonie rozwinął się guz wielkosci główki niemowlęcia?Nie mógł pojąć, dlaczego tu, w Niemczech, w państwie o najlepszym systemie zdrowotnym na świecie ona tak bardzo bagatelizowała swoje zdrowie? Nienawidził ją za to, że jego, troskliwego i zapobiegliwego męża tak lekkomyślnie opuściła zostawiwszy mu z lekceważeniem, na głowie wszystkie życiowe problemy i nieustanną, drobiazgową pielęgnację grobu, za którą nie będzie przecież dodatkowo płacił specjalistycznej firmie.

Och, jakże czuł się samotny!

Pewnej bezsennej nocy snuł wspomnienia z dzieciństwa przypominając matczyne opowiadania o starej, ojczystej ziemi pozostawionej gdzieś w dzisiejszej Polsce............

- Tak, Polka! To będzie doskonały wybór - wykrzyknął spontanicznie, sam siebie zaskakując tą nagłą , emocjonalną, nocną reakcją.

Rankiem, nie myśląc już o tym, że raptem tydzień upłynął od pogrzebu, wyszukal numer telefonu do biura matrymonialnego, dysponującego ofertami z Polski i porozmawiał z pochodzącym z Polski znajomym z pracy, prosząc o pomoc.

Bardzo szybko przysłano mu trzy oferty ze zdjęciami z biura a kolega podał adres swojej rodziny w Polsce. Wielce go ucieszył taki obrót sprawy:

- Może Coś się znajdzie!! Tak, Polka - mruczał pod nosem.Taka będzie najlepsza - Polki są posłuszne i pracowite. Zanim nauczy się języka, o ile w ogóle, zanim się usamodzielni upłynie wiele lat......Będzie robić co ja chcę i jak chcę!Te myśli nie opuszczały go przez najbliższe dwa miesiące, pozostale do wyjazdu.

Urlop spędził intensywnie. Spotykał się ze wszystkimi kobietami, które podsuwano mu jako potencjalne kandydatki, aż w końcu ujrzał ją!Od razu zdecydował:

- Ta bedzie w sam raz.

Była ładna, skromna. Jeszcze młoda - pomyślał nawet o potomstwie, mimo że piećdziesiątkę skończył już jakiś czas temu. Robił wszystko co mógł, żeby tą kobietę do siebie skłonić gdy zauważal, że się wacha. Zostawił jej sporą sumę pieniędzy, wiedząc, że musi załatwić wiele spraw, zanim do niego przyjedzie. Dzwonił codziennie i sięgając do znanych , niemieckich poetow,codziennie wysyłał kartki wierszowane prosząc uprzednio kolegę z pracy o ich tlumaczenie.Liczył dni do ich pierwszego spotkania w Niemczech.

Przyjechała.

Natychmiast, jakby bał się, że mu ucieknie pozostawiając go sam na sam ze straconym czasem, złożył dokumenty do Urzędu Stanu Cywilnego. Na ślub czekali dwa miesiące. Zabierał ją na wycieczki, obrzucał prezentami, zaskakiwał śniadaniami do łóżka.....

Ślub wszystko w nim odmienił. Gdy tylko nie odpowiadała mu jej samowola w sprzątaniu, przestawianiu drobnych mebli czy przedmiotów, podnosił krzyk.Awanturował się, gdy natychmiast po powrocie z pracy nie zastawał nakrytego do posiłku stołu i gotowych do podania potraw lub na pranie zrobione w nieodpowiednim dniu.

Nie interesowała go wcale albo mile łechtała jej przerażona mina. Podniecał go jej strach. Nie pozwalał jej wychodzić z domu nie pozostawiając wejściowego klucza i telefonując do niej kilkakrotnie w ciągu dnia.Nie życzył sobie aby zbyt często wydzwaniała do rodziny w Polsce a krzykiem przerywał te rozmowy, które trwały dlużej niz pięć minut.Nie umiała do niego podejść właściwie, żeby poprosić o zakup jakichś drobiazgów do ubrania.

- Przerabiaj sobie na mniejsze to, co pozostało po mojej żonie albo noś te rzeczy, które na mnie są za małe - wykrzykiwał.

Codzienne zakupy robił sam.Nigdy też nie dawał jej pieniędzy.Nie pozwalał nosić jej torebki, ani tej, którą z sobą przywiozła ani też nie kupował jej innej uznając, że te elementy nie będą jej potrzebne. Po kilku miesiącach zorganizował jej pracę fizyczną przy obsłudze najgorszej maszyny, jaką posiadało przedsiębiorstwo, w którym zajmował wysoką pozycję i odtąd stale miał ją na oku. Nie zezwalał na zalożenie konta w banku a jedyną wartościową rzeczą, jaką mogła mieć przy sobie była karta abonamentowa na przejazdy. Uważał, że jest dla niej dobry. We wszystkie święta składał jej życzenia i czule całował. Czasem kupowal skromny bukiet kwiatów, który mogła podziwiać wstawiony w modny wazon na stole. Nie rozczulał się nad nią i nie zastanawiał, że chodzi smutna. Czasem zwracał się do niej

- Kochanie -

Kiedyś do Polski posłal jej przecież kartkę z fragmentem wiersza:

" Wunderbar ist das Glück:

Fest und stark, zart und zerbrechlich,

strahlend und Kostbar-

wie Eiskristalle,

die in der Sonne leüchten!"

Wszystko jest takie oczywiste.



DAMA Z KSIĄŻKĄ - opowiadanie drugie

Ruchomymi schodami jechali milcząc na ostatnie piętro księgarni.Gdy dotarli, przyspieszyła kroku i nie oglądając się na nikogo, pewna siebie podeszła do jednej z półek w dziale beletrystycznym. Odprowadzał ją ciepłym wzrokiem patrząc na jej dostojną postać . Widział, jak jej wzrok badawczo przesuwa sie po jednym z rzędow książek , zatrzymuje się uspokojony i zastyga na moment w zastanowieniu.Usmiechnęła się subtelnie i delikatnie pieszcząc palcami wysunęła jeden z woluminów, zniżyla głowę, jakby modląc się nad jego kartami.

Ach, jakże on ją kochał!

Byli małżeństwem od ponad dwudziestu lat a jego umysł nadal szalał z rozkoszy na samą myśl o tej pięknej kobiecie.Pełna sukcesów, choć całkowicie absorbująca adwokacka kariera pochłaniala jego czas i wdzięczny był tej zjawiskowej kobiecie, że zechciała być jego żoną. Wdzięczny, że zawsze, gdy późnymi wieczorami wracał do obszernego, wygodnego domu czekała na niego tak samo zachwycająca i elegancka jak w dniu , w którym ujrzał ją po raz pierwszy.Jego życie wypełnione było bez reszty spotkaniami z klientami, współpracownikami, uczestniczeniem w rozprawach sądowych czy zawodowych kolacjach przeciągających się często do późna.A ona zawsze na niego czekała otaczając się jedynie coraz intensywniej pęczniejącą biblioteką.Niewiele rozmawiali i nie wychodzili razem ani też nikogo nie gościli w swoim domu. Pozostawiał jej do dyspozycji sporą sumę pieniędzy nigdy nie rozliczając z wydatków. Pragnął, żeby o siebie dbała.Rankami pozostawiał ją spiącą a wieczorami spoglądał, jak wytwornie ubrana, z doskonałym makijażem i wypielęgnowanymi palcami, pozdrawiając go tylko z daleka oddaje się całkowicie, ekstatycznie kolejnej lekturze. Wydawało mu się, że jej odzienie lub nastrój wyrażany nieustannym milczeniem bądź tajemniczo iskrzącymi oczami i mocniej falującą piersią ma nie tyle związek z czytanymi książkami co z jej delikatną naturą i małomownością.

Zwykle ulegal jej prośbom i przywoził ją do największej i najlepiej w mieście zaopatrzonej księgarni.Wjeżdżał z nią na ostatnie piętro by zostawiać samą i obserwować jak wnika w ten świat nie żegnawszy się ni słowem, milcząca, piękna, ukochana.

Dziś patrzył na jej smukłą postać. Patrzył, jak długim, lekkim krokiem, w lakierowanych butach na delikatnych, podobnych jej nogom obcasach idzie bezszelestnie po miekkiej wykładzinie w kierunku pustej kanapy, na maleńki stoliczek odkłada wybraną książkę.Odkłada ostrożnie, jakby bojąc się urazić.

Osuwa z ramion sięgający łydek płaszcz ukazując swoje piękne kształty podkreślone jedwabną, liliową suknią. Widział jak zasiada zakładając nogę na nogę lekkim, pelnym erotyzmu ruchem, jak przerzuca długie, lśniące perłowo włosy w tył zgrabnej głowy podkreślonej delikatnie migocącym w świetle złotem lańcuszka. Patrzył, na jej ręce dotykające lekko opuszkami powierzchnie stron lub przesuwające się po nich całą powierzchnią jakby przygotowując, oswajając kolejne kartki. Patrzył na jej piękne , niebieskie oczy iskrzące czytanymi wyrazami, jej zmysłowe, muśnięte rubinową pomadką usta to nabrzmiewające z wolna, to subtelnie drgające kącikami.

Tylko w takich momentach mógł ją taką widzieć. Tak bardzo ją kochał.

6 Feb 2009

Opowiadanie pt. O TROJANACH, BANANOWCU AMERYKAŃSKIM I O TYM, JAK Z CIOCIĄ KRYSIĄ ZOSTAŁYSMY TERRORYSTKAMI - opowiadanie na Karnawał

O zagrożeniach ze strony trojanów, robaków, wirusów i innych tym podobnych ludojadów wie każdy użytkownik sieci internetowych. Ja nie jestem specjalistą w tej dziedzinie i nie będę dawać rad, jak się ustrzec i uniknąć pewnej śmierci co najmniej myszy, procesora albo zapiskow. Zlodziejstwo powstalo razem z ludzkością, karane radykalnie cięciem przez niektóre nacje do dnia dzisiejszego. Podglądanie zaś nie jest karalne a szpiegowanie owszem, ale tylko w niektórych przypadkach. Przyznaję bez bicia, że sieci netowej używam po laicku, traktując li tylko, jako narzędzia zdobywania wiedzy i szybkiego kontaktu z ludźmi, których mi często , zwłaszcza tych przez duże " L" brakuje. Pisałam kiedyś o tym, że komunikatora GG używam już tylko pod pewnymi zawoalowaniami, żeby ustrzegać sie natrętów i szukających darmowych sx-kontaktów żonkosi.Ale od początku.

Mam ci ja sobie Ciocię Krysię, którą bardzo lubię, jednak kontakty mamy ograniczone odkąd zamieszkałam za zachodnią granicą i odkąd moja Ciocia szczęśliwie ( ku mojej zazdrości !!!! ) przeszła na bardzo wczesną emeryturę i postanowila zwiedzic trochę świata bawiąc tu i tam u swojej rozproszonej po tymże rodziny. Udało się nam spotkać tego roku w styczniu. Spotkanie ubarwione śmiechem, oglądaniem familijnych zdjęć bylo rownież pelne wspomnień kulinarnych, jako że Ciocia Krysia uwielbia rozkoszować się przygotowywaniem potraw, wkładając w to sporo serca. Na nasze spotkanie przygotowalam przez siebie upieczone, niemieckie ciasto bożonarodzeniowe Stolle a Ciocia swoje osobiste, amerykańskie odkrycie. Nie miałyśmy wówczas czasu, żeby wymienić sie przepisami więc spotkanie zakończyło sie umówieniem na wymianę mailową. Pożegnałysmy się szczęśliwe i wrócilyśmy do swojego normalnego życia.Przed trzema tygodniami spostrzegłam, że nie mogę mimo wielu prób wysłać jej mojego przepisu.Stale odpowiadała mi automatyczna maszynka,że skrzynka Cioci jest przepełniona. Wydało mi się to trochę dziwne, no ale tak przecież bywa z zaniedbaniami.Powiadomiłam ją o tym fakcie przez GG. I nic. Brak odpowiedzi. Aż tu ni stąd ni z owąd wskakuje mi po zalogowaniu się na komunikator jej stara informacja, dokładnie sprzed 3 tygodni z przepisem na amerykański bananowiec i ze zdziwieniem w dopisku, że niby co ja to wymyślam, jej skrzynka mailowa jest duża, ma .... GB i ma dobry komputer i że ona do mnie wypisuje na GG i stracila już cierpliwość.......

Gdy tylko odczytałam tę wiadomość, komunikator pokazał mi jeszcze dwie inne przesyłki - jeden od mojej córki z linkiem na zdjęcie, komuniakt z tą sama datą, co od cioci, czyli stary ) i jeszcze, jakby niedostarczony list , który sama do mojej córki wówczas wysyłałam z opisem mojego snu ( córka zbiera takie zapiski ) w którym była mowa o locie samolotem do Londynu przy Egipt! Tak! Przez Egipt!Na zdjęciu przesłanym przez corkę był dziwaczny scyzoryk o kilkudziesięciu ostrzach, ktore to zdjęcie znalazła była w necie ( czasem przesyłamy sobie rozmaite śmiesznostki dla poprawy humoru )

Zaskoczona całym tym GG - owym zamieszaniem opowiedzialam o wszystkim osobistej ochronie czyli mężowi.

- Ochrona antyterrorystyczna wyłapala wasze listy i po przeanalizowaniu wypluła z powrotem - odparl ze znawstwem, jak zwykle racjonalnie myślący , dobrze poinformowany małżonek.

Od wczoraj net działa mi , jak zamulony. Czyli co? Jestem na widelcu!!??

Tylko nie wiem co zaważyło - 4 banany albo może 1 szklanka rodzynek czy mała puszka ananasow w krążkach?

Oceńcie sami - przepis na bananowiec podaję na moim blogu - kuchennie, niestety nie sprawdzony! Ze strachu!!

I tu odezwa do stale czuwających krasnali bezpieczeństwa!

Może przez te 3 tygodnie, może a nawet na pewno próbowaliście co z tego "ciasta" wyjdzie!! No to bardzo was proszę napiszcie chociaż czy smakowalo! Ciocia Krysia sie ucieszy! Wasza Nina

21 Jan 2009

Opowiadanie pt.MYSZEŃKA - Niby Bajka

Piotr, jak w każdy dzień powszedni, podążał zamaszystym krokiem przez puste jak zwykle ulice. Nie miał zbyt daleko do domu ale lubiał przyglądać się ludzkim twarzom, błękitniejącym raz słabiej raz mocniej od świateł komputerowych monitorów zza okien mieszkań. Na ulicach od dawna nie można było spotkać zbyt wielu mieszkańcow tego ogromnego miasta ale ludzie przestali zasłaniać swoje okna.Przecież wiekszość z nich nie posiadała dużych ilości mebli, bibelotów a nawet kwiatów w donicach.Nie warto było nawet zastanawiać się, jak kto sobie żyje.Bowiem wszystkich ludzi, dużych i małych, mniej czy bardziej znaczących dorosłych i dzieci interesował tylko jeden pozornie wspólny świat wirtualny.

Globalny przemysł zajmował się tylko produkcją komputerów i innych elektronicznie sterowanych urządzeń komuniakcyjnych. Pozostałe, mało użyteczne drobiazgi wyrabiał słabnący przemysł lokalny. Budownictwo mieszkaniowe niemal ustało bo i dzieci rodziło się coraz mniej.Ostatnimi laty trzeba bylo jedynie zatroszczyć się o wiekszą ilość azylów dla zwierząt domowych, których ludzie masowo się wyzbywali. O ileż ciekawszy i milszy był kontakt z internetowym wyobrażeniem zwierzęcia niż z jego rzeczywistą, często kłopotliwą, alergiczną nawet dla zmysłów obecnością.Zniknęły kwiaciarnie i szklarnie, bo nikt nie chciał przecież tracić czasu na pielęgnację roślin i tak chronicznie chorych od domowego, przesyconego szkodliwymi jonami powietrza.

Ludzie nie czuli się w żaden sposób wyizolowani bo kontaktowali sie ze sobą drogą elektroniczną. Czasem nie znali nawzajem swoich twarzy, swoich głosów ale to nie stanowiło przeszkody.A jakież było wygodne!

Piotr, podobnie jak inni, interesował się tylko nowinkami elektrotechnicznymi i uważał, że jest to normalne w dzisiejszym świecie. Z dziećmi wlaściwie też nikt już problemów nie miał bo i rodziło się ich coraz mniej, a te, które przychodziły na świat wychowywały się jakoś tak same, przed komputerami, przy pomocy internetowych bajań i elektronicznych obrazów. Ludzkość nareszcie wypracowała sobie swój własny, bezproblemowy, święty spokój. Wielu nawet nie musialo wychodzić z domów, bo ich miejsce pracy znajdowało sie we wnętrzu wlasnych, ukochanych komputerów.

Piotr jak zawsze, wchodząc do domu pozdrowił głośno żonę.

- Na obiad masz dzisiaj Gorący Kubek o nowym, serowym smaku - prawie jak founde - odkrzyknęła nie odrywając oczu od monitora, dumna ze swego odkrycia kobieta.

Gdy Piotr wychodził z toalety poczuł dziwny, nieprzyjemny odór.Przez chwilę nie mógł przypomnieć sobie, skąd go znał?..........

- Tu śmierdzi myszami! - zawołał z oburzeniem.

Zaskoczona niespodziewanym krzykiem żona Piotra wyłączyła swój laptop:

- Skądże tutaj nagle myszy?! Przecież wszystko już od dawna jest wysterylizowane i zabezpieczone przed pojawianiem sie jakichkolwiek zwierząt!!

Zapach jednak był.

Piotr postanowił natychmiast podzielić się swoim " znaleziskiem" na odpowiednim forum internetowym i zapominając o galopującym głodzie włączył swoje cacko. I nic. Cisza! Maszyna ani drgnęła.

- Co jest? - pytał sam siebie i zainteresował się sprzętem żony.

- A niech to szlag ! Ten też nie działa, mimo że żona przed chwilą coś w necie sobie czytala?!!

Zaskoczony sprawdził nerwowo modem i wszystkie złącza, zasilanie sieci całego domu. Teoretycznie wszystko było w porządku. Chwycił za słuchawkę telefonu stacjonarnego - brak sygnału.

- Handy!! - gdzie jest handy.

Gdy tak przeszukiwał wszystkie kieszenie i zakamarki, jak nagły zgrzyt hamulców podziałał na niego histeryczny pisk żony,

- Piiiiiotr!!!

- Zobacz, co znalazłam - już spokojniej dopowiedziała, gdy przybiegł. Na jej wyciągnietej dłoni leżał telefon komorkowy. Miał pogryziony wyświetlacz i wszystkie przyciski.

Nie działał też telewizor, nie funkcjonowalo radio.

Zdezorientowany, wściekły usiadł przed swoim komputerem próbujac jeszcze raz go uruchomić. Ale urzadzenie, uśmiercone jakimś niewyobrażalnym sposobem ani drgnęło.

Osłabły z bezsilności skrył twarz w swoich dłoniach próbując skupic myśli.

Jakiś szmer obudził go z odrętwienia.............

Na biurku, na owalnej nodze monitora przycupnęła małeńka, brunatna myszka. Przednimi łapkami przytrzymywała kawałek kolorowego kabelka i raz po raz go pogryzała.Przglądała się Piotrowi swoimi wyłupiastymi oczkami przekrecając co rusz ryjek, jakby sie ironicznie usmiechała.

- Czego chcesz ode mnie przebrzydły zwierzaku!!! - wrzasnął Piotr i podbiegł do okna gwałtownie odsuwając krzesło.

Ujrzał, jak z okolicznych domow wybiegają ludzie tu i owdzie tworzący grupki. Ulica od niepamiętnych czasów coraz bardziej sie zaludniała. Po gestach poznawał, że wszyscy rozmawiali najwyraźniej czymś przerażeni .

- Co się dzieje u licha? - mruknął do siebie pod nosem i wybiegł z domu.

Okazało się, że nie tylko on nie miał dostępu do wszystkich mediów ale tylko on czuł w swoim domu zapach myszy. Bezradny tłum zdawał się pytać jednym głosem - Co teraz będzie? Jedynym komunikatorem stała się na powrót żywa, ludzka mowa.

Nie wiadomo kiedy i skąd wyłonił się nagle policyjny, nawołujący z głośników radiowóz:

- PROSIMY O ZACHOWANIE SPOKOJU.OBECNIE JEDYNĄ FORMĄ KOMUNIKACJI SĄ POLICYJNE GŁOŚNIKI.W MIEŚCIE SĄ USZKODZONE WSZELKIE KABLE I ŁĄCZA.POLICJA UWAŻA,ŻE KTOŚ KIERUJE TYM SABOTAŻEM, BO ILEKROĆ AWARIE SĄ USUWANE TO NATYCHMIAST POWSTAJĄ NOWE W INNYCH MIEJSCACH.PROSIMY O ZACHOWANIE SPOKOJU I POMOC W UJĘCIU SPRAWCÓW.OBECNIE JEDYNĄ FORMĄ KOMUNIKACJI SĄ POLICYJNE GŁOŚNIKI..........

Tłum zastygł z przerażenia.Nikt nie odważył się nawet wypowiedzieć słowa.Tylko..............

- Kto ośmielił się pogwizdywać tak wesolo? - pomyślał Piotr podnosząc wzrok ku górze, skąd dochodziła owa melodyjka.

- Coś mi przemknęło między nogami - wyszeptał z przerażeniem sąsiad.

- A mnie coś otarło się o kolana - rzekł następny.

- I ja poczułem zwierzęcą sierść pod dłonią - wołano tu i ówdzie.

Ludzie, rozglądając się z niepokojem stanęli ciasno na środku ulicy.

Powoli, gdzieś z tyłów domów, zza krzewów, spośród gałęzi drzew zaczęły nieśmiało wyglądać zwierzęce głowy. Najpierw, odważniejsze jak zawsze psy stawały przy ludziach spoglądając łagodnie i wesoło merdając ogonami, koty pomiałkując, przyjaźnie ocierały się o nogi najbliżej stojących albo badawczo dotykały miękkimi łapkami.Chomiki i świnki morskie baraszkowały na trawnikach. Skądś wypełzały oswojone kiedyś w domowych terrariach węże i inne reptilia. Papużki Nimfy siadały na ramionach zaskoczonych, szukając łebkami ciepła ludzkiej skóry.

Piotr sięgając po coś do kieszeni poczuł pod palcami miękki, gorący brzuszek i łagodne bicie maleńkiego, mysiego serduszka.

Nazajutrz miasto ożyło.Parki i skwery zapełniły się na powrót ludźmi oraz spacerującymi obok nich pupilami. Wszyscy pozdrawiali się, wesoło i ochoczo z sobą rozmawiali nie wspominając ani słowem o wczorajszej awarii. Świat wirtualny nie miał przecież aż tak wielkiego znaczenia.

29 Dec 2008

Opowiadanie pt. SĄSIAD

Śpieszyła sie. Niemal biegła z przystanku, bo to przecież Święta za pasem a pracy jeszcze tyle w kuchni, zakupy trzeba zrobić. W tym roku zapowiedziała swoją wizytę dość spora ilość gości. Niektórzy będą nocować u niej aż do Nowego Roku!Cieszyła się, bo to nic nie szkodzi przecież, że tyle pracy ją czekalo, ale najważniejsze, że jej dom a i ona sama , trochę się ożywią, nabiorą " nowych rumieńców " Ech ten czas,zawsze go brakuje. Choćbyś człowieku dokładnie zaplanował swoją pracę, zawsze coś niespodziewanego może zmienić twe plany!I pośpiech,pośpiech.

Gonimy uciekający czas mimo, że to najlepszy z biegaczy.

Właśnie wyciągała klucze z torebki gdy ujrzała przed sobą jego charakterystyczną postać. Wysoki, dystyngowany,zawsze dobrze i nienagannie ubrany z laseczką w prawej ręce i siatką na zakupy w lewej.Musiała zwolnic biegu.

- Pewnie też skręci zaraz do domu, nie bedę mu zatrzaskiwala drzwi przed nosem - pomyslala śpiesznie - porozmawiam chwilke, życzenia złożę......

Bardzo ucieszył się, gdy ją ujrzał, kilka słów miłych powiedział.A ona, uśmiechając się, uchylając przed nim drzwi i wpuszczając przodem pomogła mu wejść do domu. Wsparty o poręcz, zaczął wspinać się po schodach opowiadając jej o troskach samotnego starszego człowieka.Nagle odwrócił się, chyba chciał jej zlożyć życzenia bo mowiac cos coraz bardziej niewyraznie, osunął się bezwładnie wprost na nią.Z uwolnionej od uścisku siatki posypały się po schodach chleb, ciasta, owoce, jakaś butelka wina rozlala się krwiście.......tylko laskę jakoś tak dziwnie mocno trzymał nadal w słabnącej z wolna dłoni.

Uklękla szybko przy jego bezbronnym ciele. Jego glowe delikatnie ułożyła na swoich kolanach i zaczęła wołać sąsiadow o pomoc.

- Może któryś się odezwie, może ktoś jest w domu - myslała, wiedząc, że pora przedpołudniowa i przedświąteczna nie sprzyja przesiadywaniu w mieszkaniach - ale na szczęście usłyszała zgrzyt zamka i zza drzwi obok wychyliła się zaspana głowa kilkunastoletniego syna sąsiadki.

- Dzwoń szybko na pogotowie - zawołała.

Patrzyła na twarz starszego mężczyzny.Widziała jak oczy mu przygasają, skóra blednie gwałtownie.Zaczeła go przytulać, muskać lekko jego policzki i białe włosy. Jej drobne, spokojne ruchy tchnęły pewnie troche życia w jego bezsilne ciało, bo nagle na jego policzkach zaczęły się pojawiać intensywne czerwone plamy. Ale nadal sie nie ruszał. Oddychał jedynie słabo.......

Gdy tak klęczała i przytulała jego glowe jakoś dziwnie spokojnie zatrzymał dla niej czas. Przypominała sobie wszystkie drobne chwile, które w przypadkowy sposób spedziła z nim.....

Osiedliła się w tym domu zaraz po przyjeździe z Polski.On byl jej sąsiadem. Opowiadano jej, że mieszkał tu od momentu, gdy wrocił z wojny , od początku lat pięćdziesiątych. Odkąd zmarła mu młoda żona był samotny. Nie zdążył doczekać dzieci.

Chyba ja lubił. Zawsze wiedział, kiedy wraca z pracy i stawal wtedy przy oknie z rozpostartymi szeroko na parapecie ramionami. Cieszył się, gdy machała mu wtedy z uśmiechem na powitanie. Czesto odbierał dla niej pocztowe przesyłki i zawsze powtarzał, że robi to z ochotą. Wyczuwała , że chciałby sobie z nią porozmawiać. Czasem wabił ją delikatnie do swojego mieszkania, a to żeby pokazać, jak pieczołowicie strzeże przesyłek dla niej, a to chcial porozmawiac o gatunku źródlanej wody, którą pije często.......coś mowił zwykłego i ...zawieszał nagle głos, jakby to nie ten temat, nie o tym chciałby jej.........

- Do trzech minut przyjedzie pogotowie - zawołał syn sąsiadki przerywając jej wspomnienia.

- Świetnie się spisałeś - powiedziała uspokojona faktem, że pomoc jest już w drodze.

Twarz staruszka ożywiona lepszym krążeniem krwii nabierała rumieńców, ale takich jakichś zbyt intensywnych i nieregularnych.

- No to pobędziemy sobie tak razem jeszcze troszkę - szepnela do starca......

Wspominała dalej, jak pewnego letniego popołudnia udało jej się wreszcie spełnić skryte oczekiwania sąsiada gdy przysiadła się przypadkiem na jego pełną słońca ławeczkę za domem .Nie wiedziała jednak o czym człowiek ów tak bardzo chciałby jej powiedzieć, a że właśnie wrociła z urlopu w Dalmacji spróbowała nawiązać rozmowę tym tematem. Starszy pan zamyslił się chwilę i zaczął opowiadać o Jugosławii jeszcze z czasow swojej umundurowanej młodości.

- Pamietam również pobyt w Polsce i Polakow, którymi dane mi było zajmować się w czasie służby....Służby w SS......powiedział cicho, patrząc jedynie przed siebie martwym wzrokiem.

Nie zastanawiała się teraz czy owego wieczora dostrzegł jej pobladłą nagle z przerażenia twarz, czy poczuł jak lodowacieje jej ciało.Myślała wtedy, że to przeciez ON mógł strzelać do tych z jej rodziny, którzy końca wojny nie dotrwali, że to przecież ON mógł wydawać rozkazy zabijania osob, których nigdy nie dane jej bylo poznać .....

Usłyszala sygnał zbliżającego się samochodu ratunkowego i z ulgą patrzyła,jak starzec, którego przytulała i gładziła po twarzy poruszał sie coraz śmielej. On być może nie przywita Nowego Roku w domu, ale najważniejsze , że znowu będzie go mogła zobaczyć w oknie , jak uśmiecha się do niej z rozpostartymi na parapecie ramionami.

18 Dec 2008

Opowiadanie pt.O PIECZENIU CHLEBA DLA PRZYJACIELA, z miłością - list świąteczny -

CHLEB POTRZEBUJE DUŻO SERCA, CIEPŁA, GORĄCYCH MYŚLI JAKO PRZYPRAW, CIERPLIWOŚCI - A WYROŚNIE CI TAK, ŻE WZBUDZI TWOJE POŻĄDANIE!


Do dobierania mąki potrzeba tyleż samo ciepła, co i do przyrządzania ciasta. Mąkę na chleb dobiera się poprzez dotyk i zapach a przechowuje w przytulnej atmosferze.

Gdy się przygotowuje a potem piecze chleb, nie można sie kłócić, być o coś zazdrosnym, nie można robić żadnych innych przeciągów.

Ciasto, aby należycie Ci wyrosło, trzeba czule ugniatać, - odpowiednio dozując siłe - niezbyt słabo, ale i niezbyt mocno, no i odpowiednio długo, nie zapominając o gorącej atmosferze!

Oprócz normalnych składników muszą być odpowiednio dobrane afrodyzjakowe dodatki - czyli troszkę pieprzenie, troszkę koprowego aromatu, troszkę kolendry.....

Przygotowane ciasto wsadź pieszczotliwie do miski, otul pierzynką, żeby się nie przeziembiło i nie zapominaj o coraz gorętszych uczuciach podsycających atmosferę wokół. Ale miej baczenie, żeby ciasto podwoilo swoją objetość i siłę!

Jak już TO sie stanie, wyjmij je delikatnie, usmiechając się czule do lekko już podniecającego zapachu - ( teraz już Twój chlebek powoli odwzajemnia Ci uczucia )

Uformuj go w pożądany kształt, nie zapominając o delikatności. Pościel mu tłuszczowe, delikatne prześcieradełko i wsadź do rozpalonego ( ale bez szaleństwa ) piekarnika.

I teraz, powoli będzie Ci Twój chlebek rozkwitał zapachami i podniecał zmysły.

Po wyjęciu z pieca odczekaj jakiś czas, aż odpocznie sobie i nabierze temperatury Twojego ciała.

Wtedy mozna go rozkroić, posmarować lekko masełkiem - ono też sie bedzie rozkosznie rozpływać i zechce przenikać wnętrze miąższu Twojego chlebka.




Teraz nakryjesz do stołu. Zaprosisz wszystkich życzliwych Ci ludzi.....

I TO BEDZIE JEDNA Z NAJBARDZIEJ ZMYSŁOWYCH UCZT NA ŚWIECIE.



PS. Ten przepis spokojnie i szeptem opowiedziała mi moja ukochana babcia Tosia!

Mimo, że tak dlugo jej już nie ma, żyje nadal w każdym, upieczonym przeze mnie chlebie.

15 Dec 2008

Opowiadanie pt.BOŻONARODZENIOWA DYKTERYJKA

Londyn, zaułek Ceder Garden, grudniowa noc, 2007r

Małgorzata siedziała przy stole spoglądając w pogodne nocne niebo z wyraźnie zarysowanym ksieżycem w kształcie rogalika.

- Spójż, Mateusz - powiedziała sennym, rozmarzonym głosem do swojego meża- W tym księżycu jest cos dziwnego.Nie zmienia swojego rogalikowego wizerunku juz ponad miesiąc.Ech, może mi sie tylko tak wydaje bo zmęczona jestem trochę moją pracą.Przydałby mi sie urlop może pojechałabym odwiedzić swoje rodzinne, polskie strony .......

Przez krótką chwilę wydało się jej, że za oknem pojawiła sie czarna kocia postać o skośnych, zielonych oczach.Zerwała się nagle zaskoczona tą dziwną zjawą, bo mieszkają na pierwszym piętrze i parapetu za oknem nie ma, jedynie wąziutki gzyms:

- Późno się zrobiło, przejdę się do sklepu, zrobię zakupy na kolację.

Wybiegła z domu żeby szybko odetchnąć świeżym powietrzem.W pewnym momencie zauważyła instynktownie, że nie idzie sama. Gdy próbowała przyspieszyć kroku , poczuła jak jakieś miekkie futerko ociera sie przyjaźnie o jej nogę. To był ów czarny kot o zielonych, skośnych oczach, którymi

patrzył na nią, jakby chciał powiedziec :

" Znam cię, zabierz mnie ze sobą, jesteś mi potrzebna "

- Ale ja idę do marketu a tam nie tolerują zwierząt - odpowiedziała tym " mówiacym " kocim oczom Małgorzata.

Kot rozumiejac zatrzymał się, przysiadł na podwiniętym ogonie i odprowadził ją wzrokiem tak daleko, jak tylko mógł.

Małgorzata kilkakrotnie spotykała pod swoim domem owego dziwnego, spragnionego miłości zwierzaczka.Był pięknie utrzymany.Jego czarna sierść błyszczała jak aksamit najprzedniejszego gatunku i zawsze dumnie nosił czarną obróżke w kształcie muchy. Aż pewnego wieczora, gdy wracała wraz z Mateuszem ze spaceru czarny dostojny kot wszedl, jak gdyby to bylo najzupełniej oczywiste i normalne do ich domu.

Pooglądał sobie całe mieszkanie i towarzyszył Małgosi i Mateuszowi mając najwyraźniej zamiar pozostania u nich na noc.

- I co teraz wlaściwie z tym Panem Kotem zrobić - zastanowiła się Małgorzata - Pokaż mi Kocie swoją obrożę, może na niej jest jakiś adres albo telefon właściciela? - to mowiąc zdjęła ją kotu . Na odwrocie bylo tylko jego imię: FRANEK.

Postanowili , że nazajutrz rozstrzygną, co z tym fantem a właściwie z Frankiem począć. Kot widzac, ze Malgosia leży juz w lóżku wskoczył miękko na jej poduszkę i niewiele sie namyslając wtulił w jej ramię mrucząc jakoś tak " po ludzku " do jej ucha................

Polska, wies Twardowice, czasy wspolczesne

W małej, położonej na wzgórzach wiosce Twardowice, w której nie ma teraz nic, nawet szkoły , ludzie tułają sie nie wiedząc, co z sobą począć a wiatr lubi sobie pochulać i poświszczeć, stoi od dawna niezamieszkały, częściowo zniszczony dworek.Stoi wśród resztek okazałego ogrodu, w którym co roku, jakby na przekór wszystkiemu kwitną jabłonie i śliwy starych , mało dziś znanych odmian.Stodoły i zabudowania owczarni stoją w stanie niemal doskonałym.Kilka starych modrzewi i świerków zdaje sie otulać i strzec wszystkie te zabudowania. Silnie skręcone, grube gałezie starego bluszczu oplatują coraz ściślej cokoły schodów wejsciowych, obszerny ganek i wyłamują wiązania dachu.Część okien dworu straciła już szyby więc ktoś pozabijał je deskami, żeby wnętrza nie kusiły łobuzów i włóczęgów.Część kuchenna całkowicie niemal zniszczona ironicznie pokazuje niebu prosty i wysoki komin.Przez ocalałe jakimś cudem szerokie okna do dawnego salonu można zobaczyć resztki ocalałego, zdobnego kolorowymi kaflami pieca, duży i okrągły stół na środku, kilka podniszczonych staroświeckich komód,ogromne , kryształowe lustro w mocno sfatygowanych ramach, wytarty duży, orientalny dywan, resztki sufitowych ozdob ściennych. Gdy zajdzie sie dwór od drugiej strony od ogrodu to widać jeszcze przez szczeliny w oknach inne zagracone pomieszczenia i drugie wejście. Nad wejściem herb - zagięty ku górze ROGAL.

Przy drodze przytwierdzone do starej grubej lipy ogloszenie:

" Wójt Gminy XYZ ogłasza przetarg na rozbiórkę zabudowań z posesji...( i tu numer pod którym stoi ów dwór i obiekty gospodarcze )"...........

Jedynie czasem, wieczorami, gdy już nikt specjalnie po okolicy sie nie kręci można dostrzec, gdzieś między starymi jabłoniami wysoką, męską postać w czarnym kapeluszu z obszernym rondem nasuniętym mocno na oczy, w długiej, obszernej pelerynie.............Jedynie najstarsi mowią:

- On przypomina ostatniego z rodu, Franciszka z Twardowskich herbu Rogal.Tuz przed końcem II wojny wyjechał do Angli czy do Ameryki, ktoby to dokładnie wiedział?Ale był już stary gdy wyjeżdżał i nie miał dzieci....

A Franek w Londynie w zaułku Cedrowy Ogród mruczy do małgosiowego ucha tajemniczą kołysanke.......mruuuuu, mruuuuu, zabierz mnie ze sobą do mojego domu,mruuuuu, mruuuuu wiem, że jesteś stamtąd skąd i ja jestem, mruuuu, mruuuu..........

Polska, Twardowice,kiedyś tam, w bliżej nieokreślonej przeszłości.

Ta niewielka wieś należała do rodu Twardowskich.Na wzgórzu, które kiedys bylo twardą skalą i stąd pewnie pochodzi nazwa, Twardowscy wybudowali dwór, stodoły i owczarnie. U podnóża powstał młyn, karczma i trochę domów dla chlopów pracujących na ich dobrach.Wszystkie zabudowania były z białego kamienia wapiennego, w który obfitowały okolice.Na wykończenie dworu ściągnęli Twardowscy jedynie trochę piaskowca.Ziemie, które posiadali były przepięknie położone ale niestety nie były żyzne i Twardowscy postanowili, że najlepiej będzie zająć się hodowlą wszelakich zwierząt, bo ziołowa, pachnąca trawa bez specjalnych starań udawała sie tutaj wyśmienicie. Byli niezwykle pracowitymi i konsekwentnymi ludzmi.Z niewielkiego stada owiec powstała ogromna hodowla przedniej klasy, która uczynila Twardowskich ludźmi sławnymi i bogatymi na calą okolicę . Dbali nie tylko o swoje owce.Starali się jak najlepiej o swoich chlopskich i zagrodowych pracowników.Dobrze wynagradzali ale i ufundowali sporą kaplicę, żeby dotychczas modlący się pod świętą figurą ludzie mieli dach nad glową, wiejską karczmę rozbudowali organizując remizę strażacką i nabywając dla wsi pierwszy w okolicy wóz gaśniczy.Zatrudnili weterynarza, który w podarowanych mu pomieszczeniach miał nie tylko mieszkać ale i prowadzić izbę przyjęć dla chorych zwierząt okolicznych mieszkańcow.Czasem, samotnymi wieczorami cierpieli, ze Bóg odebrał im dwójkę maleńkich dzieci i może też dlatego zawsze w Święta Bożego Narodzenia przed swoim dworem dekorowali jedną z najpiękniejszych choin świerkowych i rozdawali dzieciom z wioski upominki.Postarali sie też o zatrudnienie przy dworze nauczycielki, która mogłaby zająć się nauką tych dzieci.Niestety wojenna zawierucha zmusiła Twardowskich do pozbycia sie najpierw części stada owiec na rzecz okupujacych wojsk a później do uciekania z Polski.A przecież tak bardzo chcieli, zapisać swój majątek wraz z dworem dla wioski na szkołę albo ochronkę dla dzieci osieroconych.

Małgorzata, wbrew zdrowemu rozsądkowi zabrała kota w podróż do Polski, odnalazła stary twardowicki dworek i spacerując z zaciekawieniem wokół dała Frankowi calkowitą swobodę by ten zupełnie znikł pośród zabudowań.Wiedziala, że takie bylo życzenie czarownego kota o skośnych , zielonych oczach.

Dzisiaj śni jej się czasem odrestaurowany polski zabytkowy dworek.Ktoś zadbał o stare drzewa w ogrodzie by rodziły obficie piękne owoce.Ktoś poprzycinał rozszalały bluszcz by nie przeszkadzał wchodzącym po schodach a przez jego rozświetlone okna widac piekną, migocacą choinkę, bawiące sie pod dobrą opieką wiejskie dzieci, słychać ich wesoły, beztroski śmiech a na goracym piecu przesiaduje czasem piekny czarny kot w obróżce w ksztalcie muchy mrucząc i mrużąc z miłości swoje oczy.....

A oto Franek, ktory zaistnial kiedys nagle i rownie nagle zniknął

1 Dec 2008

Opowiadanie pt. DWIE DZIEWCZYNKI - opowieść Św. Mikołaja

Świety Mikołaj bardzo lubi rozdawać prezenty.Ale najlepszym jego darem są opowiadania i baśnie, które pozostawia jako najtrwalsze z nich.Lubi przeto gromadzić wszystkie dzieci wokół siebie i patrzeć w ich zaciekawione minki.Oto jedna z jego tegorocznych gawęd:

Dawno, dawno temu, w pewnej wiosce za siedmioma rzekami , za burymi lasami posrod wzgórz żyli sobie Babcinka i Dziadzius. Żyli sobie w starym, duzym domu, ktory mial pewnie z 200 lat i mocno juz skrzypialy w nim drzwi i drewniana podloga. Hodowali zwierzątka pożyteczne, uprawiali swoje pola rozsiane pomiędzy wzgórzami. Praca na roli byla bardzo ciężka dla Babcinki i Dziadziusia bo ziemia usiana byla białymi kamieniami, ktore trzeba bylo wybierać gołymi rękami i zanosić na wskazane onegdaj przez Pana tych ziem miejsca, czesto dość odlegle od samych pól.Ale Babcinka i Dziadzius kochali swoje pola i nie zrażali sie trudnosciami bo wielkim szczęsciem dla nich było móc słuchać śpiewu skowroneczków, cykania świerszczykow, igraszek z polnymi pieskami, ktore nazywano tutaj reczkami, od zabawnego glosu, jaki wydawaly owe pieski z siebie.

Mieli oni mala wnuczke, ktora mieszkala w duzym miescie, ale że byla bardzo chorowita, to lekarze zalecali aby dziewczynka jak najwięcej zażywala wiejskiego powietrza.Rodzicom dziewczynki taki wywczas bez dziecka też był na rękę, bo w codziennej pogoni za pieniądzem trudno im bylo znaleźć dla małego, wrażliwego dziecka czas.

Wnuczka miala na imie LILI.

Jak tez lekarze zalecili tak i rodzice przywozili mala Lili do Babcinki i Dziadziusia. Lili biegala, szukając zajęcia na pola, gdzie czasem, gdy prace Babcinki sie przedlużały, zasypiała pod miedzą z kolysanką pasikoników i ptaków albo bawila sie z kotkiem i pieskiem w domu, albo śpiewala wedrując po duzym ogrodzie. Babcinka i Dziadzius nie pozwalali Lili oddalac sie od domu samej:

-Nigdy nie chodź sama w pola albo do lasu, bo cię moze porwac i zaczarowac Duch Zlej Kobiety.

-A skad ten duch sie bierze tutaj? - wypytywala dziadkow Lili

- Nieopodal jest góra Buczyna, ktorą przeciez dobrze znasz!

-Tak, pamietam, bylam tam kiedys na wedrowce z Tatusiem i Mamusia, ale tam nie bylo, żadnego ducha - odparla zaciekawiona Lili.

- Bo nie bylas sama - tlumaczyla Babcinka.

- To na tej górze mieszka duch zlej kobiety? - wypytywala dziewczynka

- Nie wiadomo wlasciwie czy w rudnym dole na Buczynie mieszka ten zly duch - wyjasnila spiesznie Babcinka - ale idz juz spac, bo pozno a my musimy sie jeszcze z Dziadziusiem przygotowac, bo jutro zaczynają się wielkie żniwa i mieszkancy calej wsi idą w pole.A ty będziesz pilnowała domu.

Ale mala Lili dlugo nie mogla zasnac zaciekawiona opowiescia Babcinki ale tez i przerazona ową calodzienną samotnoscią w tym wielkim , starym, skrzypiacym domu. No i ten ZLY DUCH!!

Rankiem, obudzona glosną krzataniną pobiegla Lili do dziadkow, żeby dowiedziec się czegos wiecej o Duchu Zlej Kobiety ale oni juz byli przygotowani do drogi i nie mieli czasu na rozmowy. Babcinka wziąwszy dziewczynkę za raczkę , pokazywala, gdzie na brzegu gorącego jeszcze pieca stoją dymiace slodko racuchy z jabluszkami na obiad i herbatka z suszonymi owockami do picia i gdzie pod talerzykiem chlebek ukrojony na sniadanie.

- To ja dzisiaj na pewno nie moge z wami w pole iść? - zapytala zamartwiona Lili.

- Dzisiaj bedziesz pierwszy raz , jak osoba dorosla strzegła domu i obejscia.Po sniadaniu przyjdzie do ciebie kuzyneczka Elzunia, ktora tez nie moze pojsc w pole i bedziecie sie bawily , razem zjecie racuszki a pod wieczor wrocimy i zaprowadzimy Elzunię do domu. Tylko pamietaj, Lili, nie otwieraj nikomu drzwi. Zwierzatka sa nakarmione i pozamykane, wiec nie musisz na dwor wychodzic - przestrzegli Dziadkowie i pojechali furka w pola.

Lili poczatkowo bylo smutno, ale na mysl, ze bedzie mogla pobawic sie aż caly dzien z Elzunią wrocił jej dobry humor. Po sniadaniu szybko przygotowala swoje laleczki, rozne szmatki, z ktorych moze cos dla lalek uszyja wspolnie.

Poukładała wszystko na stole pod oknem i czekala na Elzunie. Gdy kuzynke zobaczyla w oknie , bardzio się ucieszyla,ze nie bedzie sie czuc osamotniona w tym wielkim, starym domu, wpuscila ja szybko , zaryglowala na wszelkie zamki drzwi. Czas mijal, dziewczynki po zjedzeniu racuszkow przeniosly sie na wielki tapczan w ostatnim pokoju pod scianą, bo mozna tam bylo urządzić wiecej ciekawych miejsc do zabawy i bylo wygodniej.Gdy tak siedzialy sobie i smialy sie do siebie i swoich lalek uslyszaly jakoby na piętrze ktos bawil sie pilką:

- Bum, bum.....bum.....i kululululu - slyszaly jak jakas tajemna pilka uderza w skrzypiacą podlogę.

Dziewczynki zamarły z przerażenia. Spojrzaly na siebie w bezruchu i cicho nasluchiwaly, co bedzie dalej. No bo skad male dziewczynki mogly wiedziec co robić!?. Nagle Elzunia zaczela cicho plakac:

- Ja chce do domu - szeptala cicho pochlipujac.

Lili szybko wymyslila, ze okno pokoju, w ktorym siedzą nie jest przecież wysoko, i moze uda im sie wyjsc przez nie na zewnątrz.

- Ale co z przestroga Babcinki, zebym z domu nie wychodzila? - pomyslala.

-Elzuniu,uspokój sie, nie placz. Ja pomoge ci wydostac sie z tego domu a ty biegnij potem co sil w nogach w pola i powiadom kogoś z rodziny albo sąsiadow. Ja musze tutaj zostac, bo tak przyrzeklam Babcince.

Elżuni nie w głowie było szukanie pomocy.Bala sie Ducha Złej Kobiety i wolała znaleźć sie szybko w swoim pokoju

Lili otworzyla ostanie okno, przytrzymujac kuzyneczke i przychylając gałęzie starego bzu opierajacego sie o sciany domu pomogla jej wydostac sie na zewnatrz. Sama zas cichutko przeszla do kuchni, otworzyla jedną z szuflad wyciągneła najwiekszy nóż, jaki zdolala utrzymac w rączce i skradajac sie poszla na gore , do pokoju z ktorego dochodzily oddglosy zabawy pilką.Mimo, ze byla przeciez mala i lekka jednak potracila glosno skrzypiace drzwi. W tym momencie odglosy ustaly. Zrobila sie grobowa cisza.

Lili powoli i bardzo rozwaznie uchylila ostatnie drzwi i....................

Na srodku ostatniego pomieszczenia w promieniach popoludniowego slonca stala dziewczynka podobna do niej samej ,ubrana w dluga suknię z blyszczącymi haftami.Jej dlugie wlosy otulaly drobną, milą twarzyczkę.

-Kim jestes? Jak sie tutaj dostalas? - zapytala buńczucznie Lili.

- Mieszkam w rudnym dole na gorze Buczyna. Nie pamietam swojego imienia, bo mieszkam tam sama z dwoma czarnymi rumakami, ktore, gdy wies pustoszeje wywozą mnie w czarnej karocy z blotnistego, glebokiego dolu na swiat.

- To jakas fantazja - stwierdzila rezolutnie Lili,- Jak mozna mieszkać w błotnistym dole?

- Ja jednak mieszkam i czuję się samotna, więc jak tylko mogę to wychodzę na swiat szukajac innych dzieci do zabawy lub rozmowy. Kiedys dawno dawno temu zmarl moj tatus, ktory byl wlascicielem tych wszystkich pieknych ziem wokol i mamusia wyszla za maz po raz drugi.Ale ojczym nie byl dla mnie dobry. On nie byl dla nikogo dobry. Nie pozwalal mi sie z nikim bawic az kiedys potajemnie przed mamusia zabral mnie kareta do dalekiego klasztoru ze szkola dla panien.Gdy przejezdzalismy przez pola lezyce pod gora Buczyna to zatrzymal sie, bo nie podobala mu sie praca chlopow i zaczal na nich krzyczec. Krzyczal i krzyczal zoraz glosniej az sie konie wystraszyly i poniosly mnie wraz z karoca na ta gore, pedzily obok rudnych dolow, z ktorych onegdaj wydobywano rude zelaza, a przy najwiekszym i najglebszym dole kolo u karety sie zlamalo i obsunelismy sie do glebokiego bagna. Konie rżały, ja krzyczalam ale nikt nas nie slyszal.Zanurzylam sie w glebiny rudnego blota wraz z konmi, karetą i calym ekwipunkiem. Tafla blotna sie wyrównala i nastala cisza. Moja mamusia wpadla w rozpacz i tak dlugo chodzila po okolicznych polach i lasach wypatrujac mnie miedzy dziecmi z wioski az w koncu zmarla z wycienczenia.Slyszalam, ze jej duch zaczepia do dzisiaj samotne dzieci mysylac, ze to jej corka moze.A ja czuje sie taka opuszczona i samotna jak ty, Lili.

Oj, pozwol mi pozwol zostac z Toba na tym Bożym Świecie. Może mamusia mnie znajdzie i bedziemy nareszcie szczesliwe a rodzice i dziadkowie przestaną wreszcie straszyc dzieci Duchem Zlej Kobiety.

- Ale, co ja powiem dziadkom, gdzie ja cię ukryję? - zapytala Lili.

Dziewczynka w haftowanej sukience wyciagneła z kieszeni maleńką cynową szkatułkę i podala ją Lili.

- Tutaj sie ukryję, a gdy bedziesz sie czula osamotniona to uchylisz nieco wieczka i pojawię się znowu aby dodawac ci otuchy. Sama zas bede czekac na moja mamusię. Gdy ona się znajdzie to obie odejdziemy nie strasząc juz nikogo i nie zabierając ci czasu juz więcej.

I Lili sie zgodziła.

- Wlasciwie, to dorosli i tak zbyt wiele czasu dla nas dzieci nie maja, goniac gdzies bez przerwy za swoimi, dorosłymi sprawami - pomyslała sobie.

Dziewczynki bawily sie jeszcze trochę a gdy posłyszały rwetest nadchodzących żniwiarzy, Lili uchyliła wieczko skrzyneczki i patrzyła, jak jej przyjaciółka zamienia sie w skrzącą gwiazdkami pajeczynkę i chowa do srodka.

Zmęczeni dorosli nie zauważyli nawet, ze Elżuni juz dawno z Lili nie bylo w domu. Nie zwracali uwagi, ze Lili bardzo chcialaby z nimi porozmawiac.

Jak tylko ogarneli sie jako tako, nakarmili zwierzeta, to zaraz poszli spac. Jutro bowiem czekał ich kolejny, ciężki dzien pracy.

Ale Lili nie obawiała sie juz, ze zostanie sama w domu.Miała przecież swoją najwierniejszą przyjaciółkę.

Babcinka i Dziadzius dawno juz odeszli. Duch Złej Kobiety przestal zaczepiac dzieci krecące sie bez opieki po okolicy, bo pewnej mroźnej grudniowej nocy mama odnalazła swoją zagubioną córeczkę.Lili spotykala sie jednak ze swoja dziewczynką w haftowanej sukience a to, gdy czuły się osamotnione w dlugie jesienne wieczory, a to w noc Św Mikolaja, Noc Wigilijną albo Noworoczną.Bawily sie wtedy, smialy, snuly opowiesci, ktore przemienialy sie w sny.............

Każdej zimy, odkąd dziewczynka w haftowanej sukience odnalazła swoja mamusię ktoś na Buczynowej Gorze dba aby byl zawsze miekki śnieg dla dziecięcych sanek i nart, aby Rudny Dół zamarzał grubym lodem dla dziecięcych łyżew a gdy śnieg nie chce jeszcze spaść to ubiera górę w liliowe kwiaty:



Mala cynowa szkatulka, w ktorej chowala sie zaczarowana dziewczynka przetrwala do dzisiaj.Od czestego uchylania wieczka urwal sie maly cypelek a od czestego chowania w tajemnych miejscach odlamala sie nozka. Czerwony aksamit, w ktorym zasypiala zakleta w pajeczynke dziewczynka tez sie troche wytarl. Ale dorosla juz Lili trzyma ją w najtajniejszym z tajnych miejsc.Może przyda sie choc jeszcze raz w zyciu?!

27 Nov 2008

Opowiadanie pt. SAAM

Zobaczyłam Go, w pierwszm dniu mojej pracy.Nie moglam nie zauwazyc.Niebotycznie wysoki, szczupły z ogromnymi oczami i przepieknymi białymi jak śnieg równiutkimi zębami ukazującymi się w szczerym dla wszystkich, uśmiechu.Jego posągową postać zwieńczała ogromna, skórzana, balonowa czapa z maleńkim daszkiem i wielokolorową rozetą na górze. Nosił ją stale. Spod jej brzegów nie wyslizgiwał się żaden włos albo jedynie nie można ich było zauważyc.Były bowiem tak niespotykanie hebanowo czarne jak skóra Saama.

Był sprzątaczem . Moje przedsiębiorstwo do zadań porzadkowych angażuje firmy zewnętrzne.Jest to spora grupa srzątaczy, ktorej Saam w jakiś tajemny, nieodgadniony przeze mnie sposob przewodził.Poruszał sie zawsze dlugim posuwistym jednostajnym krokiem, swoją zwykłą pracę wykonywał dokładnie, celebrując każdy ruch.Najciekawszym dla mnie było to, że buntując sie na niesubordynację Niemców w selekcjonowaniu odpadków, gdy nie pomagały jego cierpliwe tłumaczenia, potrafił pojść do szefa i odgórnie uzgodnić wzmożenie dyscypliny w tym względzie.Gdy któryś ze współpracownikow nadal mieszał odpadki, to Saam mu kosza nie opróżniał.Tak nakazywała mu jego afrykańska duma.

Często spotykaliśmy się w tym samym busie.I czasem, nie wiedziec czemu , zaczynał mnie zagadywać ściśle wg murzyńskiej obyczajowości pytając o męża , dzieci i zdrowie rodziny.Jak mi poźniej wyjasnil, w ten sposob należy powitac każdego obcego i znajomego napotkanego w czasie ziemskiej wędrowki. A po wysluchaniu odpowiedzi lub zwierzeń na pytany temat mowilo sie na ogół o słońcu. Nasze wspolne podróże autobusowe trwały ok 10 min. chyba, że miał próbę. Wtedy , ku mojemu zadowoleniu jechaliśmy razem o wiele dłużej. Wysłuchiwalam ciekawych opowieści powoli przenosząc się w jego afrykański gorący świat. Pochodził z Gambii.I mimo, że wiele lat temu musiał uciekac stamtąd pieszo przemierzając tysiące kilometrow, poźniej jakąś łodzią przez Morze Śródziemne to jednak wraca do swojej Gambii raz w roku biorac trzy miesiące urolpu. Mówil mi zawsze:

Afryka jest wielka a Gambia jest jedna. Jest najpiekniejsza!

Trafił do Niemiec.Założył rodzinę.Ale jego szcześciem najwiekszym była muzyka.Powołał tutaj grupe i gra Regge przewodnicząc jej na perkusji w swoim klubie w Essen.Jego potężna czapa kryje ..........dredy! Długie do pasa. Wg afrykańskich wierzeń posiadanie dredów jest demonstracją pewnej postawy np mogą oznaczać wędrowca i jeżeli ktoś decyduje sią na ich posiadanie pokazuje rownież siłę charakteru a pozbycie sie ich może byc oznaką poddania sie a raczej tchórzostwa.Dlatego Saam nosi swoja czapę. Tak mi oto tłumaczył jeden jedyny raz :

Nie wszyscy zaslugują, żeby jego dredy zobaczć.

Dziś Saam już z nami nie pracuje.Uniesiony dumą obniożonej stawki zwolnił się. Czasem widuję Go w busie. Podaje mi rękę na powitanie, obdarza swoim wspaniałym usmiechem, zapytuje o zdrowie moje, męża i rodziny........

Czasem sobie porozmawiamy przez naszą dziesięciominutową emigrancką drogę..........

Wszyscyśmy bracia.

20 Nov 2008

Opowiadanie pt. SABIHA

Sabiha jest mloda Kurdyjka.Filigranowa o pieknych dlugich, siegajacych kolan wlosach i o blyszczacych, duzych, czarnych oczach.Nie nosi na glowie chustki - wywalczyla to sobie, jak podkresla z duma.Jedynie nosi szerokie spodnice, bo spodni jej nie pozwalaja-

-Ale ta spodnica moze nawet byc, bo bardzo lubie w nich chodzic - opowiadala mi kiedys z radoscia

Pracujemy w tym samym przedsiebiorstwie .Zaczynalysmy obie w tym samym okresie.Obie przyjezdzalysmy do pracy tym samym busem i najczesciej siedzialysmy obok siebie.Sabiha w jakis sobie tylko wlasciwy sposob przylgnela do mnie.Moze dlatego, ze wyczula moja slabosc - tzn moja nikla znajomosc jezyka niemieckiego na poczatku, moze dlatego, ze czula sie calkowicie wyobcowana , bo mimo, ze mogla spotkac wiele Turczynek jadnak jej pochodzenie warunkowalo jej wyobcowanie sposrod Turkow.Przez tych pare ladnych lat wspolnych dojazdow wiele mi o sobie opowiadala, mimo, ze nie mam w zwyczaju wypytywac.Wiele lat temu jej ojciec, zostawiajac zone i jedenascioro dzieci uciekl do Niemiec i podjal prace na kopalni.Sabiha byla najmlodsza z rodzenstwa.Ich dom w Kurdystanie byl wybudowany , jak chyba wszystkie tam na kamienisto gorzystym stepie.Mieli tam jakies pole czy ogrod, ktory jej matka wraz z najstarszym rodzenstwem uprawiala, ojciec troche pieniedzy przysylal i tak udalo im sie przetrwac.Sabiha czasem pokazywala mi zdjecia z tych okolic.Prawde powiedziawszy nie moglam tych domow mieszkalnych zauwazyc. To byly tylko takie wieksze kupki bialych kamieni, troche drzew wokol, resztki cmentarza.Zniszczone przez walki partyzanckie, jak mi pozniej wyjasnila.Dla ojca Sabihy w Niemczech, podobnie jak i dla wszystkich Gastarbaiterow z tego regionu pojawila sie mozliwosc osiedlenia na stale .Sprowadzil wiec swoja zone i czesc dzieci, ktore nie byly jeszcze dorosle. Sabiha miala wtedy dziesiec lat.Jak mi opowiadala, zaraz wyslali ja do szkoly, co bylo dla niej straszliwie ciezkim przezyciem, ale jakos udalo jej sie zaliczyc podstawowe wyksztalcenie.Pozniej zaczela rodzina szukac jej malzonka. Ten kolejny, gwaltowny zwrot w jej zyciu nie bardzo sie spodobal ale zwyczaj pozostaje zwyczajem.Uratowalo ja przed przedwczesnym zamazpojsciem, jak sama opowiadala, kurdyjskie pochodzenie. Turcy i Kurdowie stronia tutaj od siebie, totez zaden Turek, ktorych jest w NRW bardzo duzo nie chcial jej za zone.Kurdyjscy pretendenci wymagali, by nosila chustke, czego Sabiha z kolei nie chciala.W koncu rodzina znalazla jej lagodnego mezczyzne ale w Turcji.Rodzina zorganizowala tureckie spotkanie, na ktore wybrali sie kawalkada samochodow z NRW do Kurdystanu.Slub jednak szybko nie nastepowal, bo Niemcy zaostrzyli pewne przepisy i jej przyszly maz musial wykazac sie komunikatywna znajomoscia jezyka niemieckiego a i zalatwianie osobistych dokumentow do takiego weselnego przedsiewziecia jest zmudne i wlasciwie mogloby byc tematem kolejnej opowiesci. Sabiha wiec " zaklepala "sobie kandydata na meza i wrocila do Niemiec.Nadal bylo w niej cos beztroskiego, radosnego ale tez poczula sie chyba bardziej dojrzala.robila plany, rozgladala sie za mieszkaniem.A ja caly czas moglam sluchac jej autobusowych opowiesci.Np o tym, jak wygladaja rodzinne odwiedziny - zlatuja sie np samolotami! z calych Niemiec do jej mieszkania i spia na rozlozonych dywanach.Miekki dywan lub wykladzina to jakby podstawowe elementy ich mieszkan.No i meble w kuchni.Kuchnia musi miec meble i inne dobre sprzety do robienia posilkow.Ubrania chyba skladuja na kupce bo czesto widzialam na niej dobrze pognieciony plaszcz lub spodnice, co nigdy jej nie przejmowalo. Czasami , gdy nie padal deszcz a oczekiwanie na Bus nieco sie przedluzalo to lubila siadac na ziemi, gdzies w katku przystanku, albo pod domami, jej obszerne kiece rozposcieraly sie wokol , a gdy wstawala nigdy sie nie otrzepywala tylko podskakujac i smiejac sie podbiegala do autobusu.Uwielbiala perfumy.Zawsze mnie wypytywala czy znam takie czy znowu inne.Pokazywala popsikane kartoniki z zapachami, ktore gdzies ze sklepow poprzedniego dnia zabierala i snula marzenia o ich posiadaniu.Cierpiala na brak pieniadza,poniewaz mieszkala jeszcze z rodzicami i prawie cala wyplate musiala oddac im, sobie zatrzymujac tylko kieszonkowe.

Lokalne gazety podaly, ze pewnej wiosennej nocy jakis Kurd zostal w bestialski sposob zastrzelony w poblizu osiedla, na ktorym mieszkal. No coz, mieszka ich tutaj bardzo duzo nie moglam przeciez przypuszczac, ze to nieszczescie bedzie mialo wplyw na losy Sabihy.Ktoregos dnia, dziewczyna nie pojawila sie w pracy.Wszyscy myslelismy, ze jakies kolejne przeziembienie, jako ze nie byla zbyt dobrze odzywiona, stale since pod oczami, blada cera......Smutno mi bylo czasem, gdy jej ulubione miejsce w autobusie, gdzie zawsze sadowila sie wygodnie i czesto przysypiala zajmowal ktos inny.Ale pojawila sie. Bez tych wesolych iskierek w oczach, bez perlistego smiechu, choc ucieszona, ze mnie widzi, zeby moc sie chyba komus " innemu " wyzalic. Zastrzelony Kurd byl jej kuzynem.Mordercami grupa nielegalnie przybylych z Turcji.Wygladalo to na wykonanie jakiegos wyroku, jak sugerowala.Opowiedziala mi o swoim najstarszym bracie, ktory pracuje jako dziennikarz w Ankarze, opowiedziala o nekajacych jej rodzine i bliskich nocnych napasciach na bloki osiedla w ktorych tutaj mieszkaja, na wybijanie kamieniami szyb, straszenie dzieci, o tym ze policja nie bardzo moze im pomoc.Sabiha juz bardzo pragnela swojego zamazpojscia, postanowila, ze bedzie szukac mieszkania w samym centrum miasta, gdzie patroli policji jest wiecej.

I czym wlasciwie jest emigracja? Po raz kolejny zadaje sobie to pytanie.Ludzie szukajac lepszych warunkow zycia, pokonuja czesto tysiace kilometrow. Chca budowac swoja mala stabilizacje, cieszyc sie zyciem, odkrywac swoje nowe intymne swiaty ale zabieraja przeciez ze soba swoja kulture, charaktery, zaleznosci, obawy a nawet dawny strach.Dla wiekszosci zmienia sie tylko nieznacznie ich stan posiadania kilku rzeczy materialnych wiecej, moze paru doznan, moze jakies troche lepsze wyksztalcenie dane dzieciom.........

17 Nov 2008

Opowiadanie pt.PHEROMONFALLE - czyli walka z importem z Chin

To bylo chyba w lutym tego roku.Obiecalam sobie, ze tej niedzieli pospie dluzej, bo ostatnio zbyt wczesne wstawanie doprowadzalo mnie do ruiny a wzmagalo nadmiar nerwowosci.Okolo godziny szosmej rano czyli w niedzielny srodek nocy - widze we snie jakies tanczace rece z kastanietami rytmicznie stukajacymi w charakterystyczny takt.Ten wysniony rytm porwal mnie na rowne nogi bo okazal sie byc rytmem z jawy.poszlam ci ja za tym realnie juz niehiszpanskim odglosem i ujrzalam ......... mojego meza w obsuwajacej sie nieerotycznie pizamie , skaczacego w pozie pajaca po pokoju , klaszczacego co rusz nad swoja glowa . Ocho!! Chyba nareszcie poszedl on po rozum do tej glowy i rozpoczol ruchowa walke z podnoszacym sie poziomem wagi i cholesterolu!! Tylko dlaczego do cholery wlasnie wtedy, gdy ja, sterana zyciem kobieta oznajmiam wszem i wobec, ze CHCE SIE WYSPAC JAK CZLOWIEK DO " w samo poludnie " !!!

Malzonek ujrzawszy osobe swojej zony w drzwiach, zatrzymal sie na krotko i z imeptem godnym swojej osoby zaczol wykrzykiwac:

- No zobacz co tu sie porobilo!! Skad tu tyle TEGO lata?

Jego krzyk obudzil mnie na dobre i w szarzejacej rzeczywistosi niedzielnego poranka zaczelam dostrzegac w powietrzu fruwajace robaczki.Grupy robaczkow! Stada robaczkow!! Bezowo srebrzystych takich jakis mole przypominajacych.

-Ale takie ilosci moli na raz i o tej porze roku?- powiedzialam ze zdziwieniem

Po chwili zobaczylam, jak po suficie pelzaja z rownym do mezowskiego impetem od okna w kierunku zyrandola, w rownych rzadkach owadzie larwy, po czym na srodku sufitu, dokladnie nad naszym stolem zwijaja sie w koleczka i zastygaja.......

No i zrobilo sie po niedzieli. Zaczelam sprawdzac wszystkie katy, mezowskie zbiory, spizarenke kuchenna, szafy.Poszlam na strych i do piwnicy. Nic, ani sladu po molach, kokonach larwach i zniszczeniach przez nie wyrzadzonych.

No coz ......pocwiczylismy jeszcze wieczorem wspolnie pajacowa yoge bo sie robaczki lubily uaktywniac wieczorami przed telewizorem.Cwiczylismy i cwiczylismy tak sobie przez kilka tygodni nie majac pojecia, jak zapanowac nad zjawiskiem.

Po kilku tygodniach gazety napisaly po zbadaniu okolicznosci, ze oto jestesmy swiadkami inwazji przeroznych chinskich robali, ktore zaczynaja atakowac Europe, jak jakies mutanty.Zzeraja wszystko co popadnie, sa odporne na stosowane dotad w Europie srodki anty.

Nasze udomowione mole obserwowalismy kilka miesiecy.Uwielbialy swieze powietrze w przeciwienstwie do europejskich ilekroc bowiem wietrzylismy mieszkanie, albo np latem siedzielismy przy stale otwartych oknach, to fruwaly sobie z zadowoleniem wokol nas. Poniewaz tych europejskich jest , jak slyszalam wiele rodzajow totez po usmiercaniu zbieralam te owady, ogladalam pod lupa i porownywalam ze zdjeciami i opisami w internecie.Te " chinskie " upolowane u nas w domu mialy w swoim wygladzie elementy kazdego mola z EU z osobna. No i nie wiedzialam czym wlasciwie sie zywia, bo zadnych szkod nie zauwazalismy.Jedynie denerwowaly swoim masowym fruwaniem nad glowami. W polowie lata pojawily sie w sklepach pulapki na mole - Pheromonfalle, ktore zawieszone wabia dojrzale osobniki meskie do swojego wnetrza i tam je unieszkodliwiaja na zawsze.Osamotnione i niezaplodnione samice przysiadaja czasem ze smutkiem tu i owdzie i gina w rozpaczy nie pozostawiajac juz w zakamarkach owocow molej milosci.

Nie pisalabym o tym wszystkim, bo chyba moja osobista walka z efektami swiatowej globalizacji odniosla dobry skutek gdyby nie wczorajszy telefon od sasiada Manfreda mieszkajacego na drugim koncu miasta:

-" Jeronie, dzioucha, jo jus w tych Nimcach widziol wszystko, nawet fioletowe biedronki ale tego co moja kobita dzisiok rano wyprowiala udowajac pajaca i lotajac choby gupio po wohnzimmrze za stadami Motow ( moli ) jesce nikaj.......Mos cos na to?